© copyright 2007. All right reserved

Józef Żurowski

 

Kapela Sami Swoi:

Józef Żurowski (JŻ) - harmonia

Jan Sikorski (JS) - skrzypce

Stanisław Kujawiak (SK) - bębenek 

 

Kapela nazywa się …

SK: Sami swoi

Z jakiej jest miejscowości?

SK: To jest tak. My jesteśmy każdy z innej miejscowości, ale ja mieszkam w Żdżach i to jest gmina Błotnica, powiat Białobrzegi Radomskie, bo jest to Mazowieckie. My żeśmy tak przejęli tą siedzibę i tak już zostało. Mieszkam na środku, kontakt dobry i tak dalej, no.

To jest od Radomia w górę, tak?

SK: Od Radomia w stronę Warszawy, to jest dwadzieścia kilometrów. A pan Jan jest jeszcze bliżej, mieszka koło Radomia w Jedlance. Pan Józef pięć kilometrów dalej, w Kiełbowie.

Gdybyście się Panowie przedstawili, czyli imię i nazwisko …

SK: No to teraz pan Jan…

JS: Jan Sikorski, urodziłem się w Jedlance. Dziewiętnasty kwiecień tysiąc dziewięćset dwudziesty dziewiąty rocznik.

I gra Pan na …

JS: Skrzypcach. Od czternastu lat.

Jak miał Pan czternaście lat to już Pan grał?

JS: Tak, to już, już. Uczyłem się i się nauczyłem i gram do dzisiaj.

A Pan?

SK: No, ja na bębenku. Czternaście lat miałem to pierwszy raz na zabawie tam za ten bębenek i tak jakoś mi szło.

A jeszcze imię i nazwisko.

SK: Stanisław Kujawiak się nazywam, mieszkam w miejscowości Żdżary, urodziłem się dwudziestego kwietnia, tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku. Ja urodziłem się w Kiełbowie, teraz mieszkam w Żdżarach.

I jeszcze gdyby Pan się przedstawił.

JŻ: Ja jestem Józef Żurowski, mieszkam w Kiełbowie Nowym, szesnasty, trzeci, czterdziesty piąty rocznik. No i na harmonii zacząłem grać, na akordeonie dłuższy czas grałem. No i tak, na tych wszystkich festynach, tam imieniny, poprawiny takie. Teraz to odwróciłem się na trzyrzędówkę. To dzięki jemu, koledze.

Czyli temu Panu?

JŻ: Tak. Namówił mnie. No i złapałem drygu i tak do tej pory, dziękować Bogu, wszędzie się zajmuje pierwsze miejsca. I tak się gra, jak się gra.

Ciężko było przejść z akordeonu na harmonię?

JŻ: Ciężko, ciężko …

To zupełnie inny system?

JŻ: Trenowałem dłuższy czas. Bo to jest, wie Pan, inny system, inny układ jest.

Jak się Pan nauczył grać to chyba wygodniej jest, prawda?

JŻ: A teraz jest lżej, dużo jest lżej jak na tamty, bo oberki to się gra w miejscu, w jednym miejscu. A tam to trzeba latać po całej klawiaturze. I ciężko, a na harmonii to bardzo letko jest grać.

Długo Pan gra na harmonii?

JŻ: Na tej trzyrzędówce gram pięć lat. Pięć. No szósty rok, od dwutysięcznego.

SK: To kapela. A na akordeonie, na dwa lata na trzyrzędówce.

JŻ: Na akordeonie to długo grałem.

SK: To od dzieś dwunastu lat na akordeonie, jak się nauczył, tak do ty pory. Dwa lata temu kupiłem taką harmonię trzyrzędową, też po takim dobrym harmoniście, Kanabusa z Góry Kalwarii, to na dwadzieścia cztery basy. I tak go namówiłem. Mówię „bierz i ćwicz”. Zamordujesz jednego, kupimy drugą. No i na ni tak zaczął pogrywać, no to tak dzieś po trzech miesiącach już sporo na ni grał. I późni kupiliśmy nową harmonię, też tak na sto czterdzieści basów, to jest Andrzeja Kupisa. Nie wiem dzie ta firma była. I późnej kupiliśmy te, co jest teraz. I w sumie mamy trzy te trzyrzędowe, no, ale na tej mu najlepiej idzie.

JŻ: Zaczęliśmy grać i w Przysusze, w zeszłym roku, tak obydwaśmy grali. No i w tym roku składek na Sikorskiego dołożyliśmy, no i zajęliśmy pierwsze miejsce i do Kazimierza. No i tak się w okolicy, po Mazowszu jeździ.

Pan gra tylko na bębenku czy też na harmonii?

SK: Tylko na bębenku. Ja mam, znaczy się pasję. Mam w tej chwili harmonii sześć, to jest dwie trzyrzędówki, jedną guzikówkę, dwa akordeony. I mam trzy bębenki, troje skrzypiec.

Te harmonie to ma Pan żeby grać?

SK: Nie, po to żeby się na nich popatrzeć, bo jak się na nich patrzy to oni grają.

Pan jest kolekcjonerem?

SK: Tak. Po prostu mówię Panu, no nieraz przyjedzie się skądś i nieraz tak zapali się światło i one tam są poustawiane, patrzy się i one po prostu tak zmysłowo grają. Nie? To się słyszy… Zmysłowo grają.

JŻ: No ale masz jeszcze ten bębenek, ten duży? Czy nie?

SK: A to mam takie dwa i dwa takie małe mam.

Może Pan by nam opowiedział o tej muzyce najstarszej, jaką Pan pamięta? Jak to wyglądało w regionie w jakim Pan mieszka jak był Pan dzieckiem…

JS: To ja powiem od młodości. Jak się już poduczyłem grać to miałem szesnaście, siedemnaście lat. Panienki chodziły z kundzielami, ze swetrami, z pirzami i tam i my grywali. Bo ty może nie pamiętasz. I one śpiewały, ja odgrywałem, późni tańcowały. Bębenek miałem tam. Ni miałem z tego nic, ale tak było. Późni dopóki do wojska nie, a jeszcze przed wojskiem, to parę wesel odegrałem, jak miałem dziewiętnaście lat.

To już po wojnie było, tak?

JS: Przed, bo w czterdziestym, mówię, szesnaście lat miałem. I późni przed wojskiem miałem dwa, trzy wesela. A późni z wojska jak przyszłem, i w wojsku też miałem tam. Tuśmy się na świetlicy schodzili i pogrywali. Z wojska przyszłem to już niedziela, po niedzieli wesela. Najpierw to był Wacka brat, Józef Jemiołek, późni się on ożenił. Dopóki nie umarł i teżeśmy chodzili. A jak już Marian kolega zmarł, tak się już rozleciała, tak i ja tam w innych nie był tak.

Pan się sam uczył grać na skrzypcach?

JS: Tak, sam.

Czyli nut Pan nie zna?

JS: Nie, przy harmonii dopiero żem się, tam jak z wojska przyszedłem, na ty harmonii.

To Pan też grał na harmonii?

JS: Nie.

Z harmonistą, rozumiem. A jak Pan ogrywał wesele to w jakim składzie? Skrzypce, bębenek?

JS: Tak. I od początku tylkośmy dobierali trąbki. O tu teraz z Radomia grał z nami na puzonie suwanym. Tośmy dograli jak już chciał. Czterech to na czterech, trzech to na trzech – bęben, skrzypce, harmonia. Chcieli czterech to się wzięło dętego. No i niedziela, po niedzieli się zapisywało, bo nie wiadomo, której to niedzieli jeszcze się da. Zajęte było.

Wesela się w niedzielę odbywały?

JS: Tak. W niedzielę.

A od kiedy w sobotę?

SK: Do siedemdziesiątego roku dzieś tak. To były, tak jak w naszym regionie, to były wesela wyłącznie w niedzielę.

JS: Pamiętam jak się w niedzielę do dziewiąty na wesele pojechało, dopiero się do wieczora poniedziałek wróciło.

SK: Do czwarty, w poniedziałek tak było. To tak jeszcze w latach siedemdziesiątych.

Jakie etapy były na tych weselach? Od kiedy kapela grała? Była przy błogosławieństwie?

JS: To Panie, to na wsiach albo dechy na podwórku były albo w mieszkaniach się grało, stoły wynosiły. Do tańcowania to się wynosiło. Za stołami się grało, wie Pan. I oczepiny były to już rano. Jak to się oczepiny odgrywało…

Ale na początku, jak wyjeżdżali do ślubu to już muzykanci grali?

JS: Ja nie wiem. Marsza czy grał, czy?

Jak był wyjazd był do ślubu…

SK: Tak.

A po?

SK: Nie, nie.

JS: To zależy.

SK: Jak blisko było, jak ktoś se życzył, to tak.

JS: I nie było Panie samochodów. Furmanki. Jechało się na piątą, dziesiątą wieś, to trza przez wieś grać. Ludzie ze wsi na drogę wychodziły a myśmy rżnęli.

Co się głównie grało?

JS: Oberki przeważnie.

JŻ: To co jest teraz grane to jest, wie Pan, muzyka ta ludowa, taka przedwojenna. To z jednego na drugiego, to nie ma nic, żeby było wymyślone, napisane po prostu. No bo tych kawałków się nigdzie w nutach nie znajdzie. Znaczy takie tam nowsze co są takie, czy Mazowsze śpiewa, to co się gra, to tak. Ale te oberki, te stare ciągłe takie, nie, takie przy wozie, na drodze, no to wszystko takie, nie ma co spisywać z pamiętnika. To jest z kogoś na kogoś, coś ujęte, coś dołożone. No, ale sama treść to jest ta.

SK: I nawet kogoś nauczyć tego oberka, to on dobry musi mieć słuch. Żeby on poderwał tą melodię. To nie jest tak. On może jedną zwrotkę tego, a tu jest kilka zwrotek.

JS: I by pamiętać i chcieć, by miał chęci do grania. Niejeden to: „a, rzucę, będę się męczył”.

SK: Panie ja grałem dopóki się nie ożeniłem. To tak było, ożeniłem się w siedemdziesiątym roku i późni wychodziłem tak, sobota, niedziela i czwartek. No brało się tam, to osiem, zebrało dziesięć złotych, ze sto złotych, wie Pan jak kiedyś to było. No i tak było przez dłuższy czas. No i jak się ożeniłem, tak żona mi: „nie, po zabawach nie będziesz chodził”. Tak jak na jakieś imprezy, tak jak mówiłem, komunie, krzciny, poprawimy, imieniny, wie Pan, to się chodziło, się grało. A późni spotkali my się, bo to jest mojej żony brat cioteczny, no i mówię tak: „po co ja mam z kimś chodzić grać, wiem że ty umiesz grać, weź się naucz na ty trzyrzędówce i będziemy chodzić”. No i tak odpukać. Pierwsze granie było w Przysusze. To były bębenek i harmonia. No ale tera tośmy dobrali pana Sikorskiego – starszy facet już, on te obery umie co i ja. O taśmy, wie Pan, zgrali się i tak chodzimy wszędzie, dzie jakieś festyny są. I tak, wie Pan, no do ty pory się trzyma to.

A dlaczego żona nie pozwalała pograć?

SK: No to już trudno, no właśnie nie wiem …

JS: Z tego, z grania nie było dochodu, nie było nic, tylko trzeba było ile jeszcze. Zarobiło się parę groszy i trza było jeszcze to przepić w ten sam dzień, to nie miało żadnego sensu.

SK: Bo to się wzięło harmonię, z kolegami się szło, i tak. Dzie idziemy? No tu i tu. No poszło się do znajomego, pograło. No to powynosili tam, wie Pan, łóżka, no i się grało. Tam było na pięćdziesiąt, na sto par. No i się grało. Tam był  bębenek i harmonia. Tak było. No to nieraz się wzięło parę złoty, a nieraz to wcale się nie wzięło.

JS: To nie było żadnego sensu i po prosu bardzo szybko zaczęła już wypierać ta muzyka nowa. Już to powoli zaczęło nabierać tempa, już nie organizowali zabaw. No bo to już tak do roku osiemdziesiątego, to jeszcze można było zabawę dobrą pograć, natomiast później zaczęli wchodzić te zabawy takie…

SK: Disco polo…

JS: Nie, te zabawy takie, można powiedzieć, w stylu półludowym, ale już w remizach, w jakiś salach, już to zaczyna być skomasowane, skomercjalizowane takie. I potem weszło disco polo i już całkiem to wszystko padło, aż w ogóle takie jest do dzisiaj. No jak jest dzieś wzięcie przez lato, no bo zima to taka martwa, to tylko tak dla siebie. A jak przyjdzie lato to już człowiek znowu. I tym się żyje, coś człowiek trafi, do ludzi człowiek, rozerwie się. No bo to nie ma czego. Ludzie dziczeją. To musi być razem. To nie da rady inaczej.

SK: A wie Pan, że człowiek się już przyzwyczaił, bo tak – w niedzielę, sobotę wyjeżdżamy. W niedzielę przyjedzie się, tak samo, już zaraz następny dzwonek jest, że gramy tu i tu.

A jakby Pan opowiedział nam jeszcze o weselu. Jak jechało się z wesela, muzykanci grali też na wozie na przyjazd?

JŻ: Z wesela jakśmy przyjechali, teżeśmy grali. Byliśmy już zmordowani, ale się grało.

Ale jak ze ślubu jechali, z kościoła.

JŻ: Tak, też.

JS: Z młodymi to do samego domu, a późni to młode zeszli z wozu, to już marsza grało się. I marsza i w ogóle to do mieszkania. I późni to za stołami.

JŻ: Ja myślałem, że to po weselu. Ale też się grało po weselu, też.

JS: Poprawiny późni byli.

Na oczepiny też się grało?

JS: O to była najlepsza część wesela, najfajniejsza.

Co się grało na oczepinach?

JŻ: A no to odśpiewywały, tańcowały, pieniądze kładły w czasie tańcowania, i co odegrać, co zaśpiewały to odegrać.

JS: Takie przyśpiewki, wie Pan, to zaśpiewali a tu zagrali.

SK: Takie zmyślane na miejscu, na bieżąco robione.

Poprawiny były obowiązkowo, tak?

SK: Zależy, jak kto chciał grane poprawiny, to pojechaliśmy.

JS: Nie, poprawiny to nie. Bo wie Pan, bo teraz to tak robią wesele i zaraz poprawiny po tym, przed wieczorem. A pierw to wesele było niedziela do poniedziałku, do wieczora. W sobotę to były poprawiny. To brało się skrzypka jednego czy harmonistę i się grało całą noc prawie. I się popijało. Jak zdążył jeszcze być trzeźwy, to jeszcze grał. A jak się upił, to wie Pan, jak to jest, już się myli i się nie gra.

A jak nazywali zabawy?

JS: Muzykami.

JŻ: Tak muzyki, jeszcze zabawa, ale przeważnie to muzyki.

A kto je organizował? Pewnie chłopaki, kawalerka?

JS: Tak, chłopaki, kawalerka.

JŻ: Wie Pan, szło się w dziesięciu: „dzie idziemy?”. Idziemy tam na te wieś. Tam na przykład do moi panny, nie. I tak się zastanawia. I jak zaczęło się grać to już za kawałek przychodzili koledzy i stoły, łóżka wynosić i bawimy się. I jak się pierwszego zagrało, tak tam upierało się: „nie bedzieta grać, idźta, bałaganu robita”. Dobra, no i zostało się i grało. A w ogóle to ja lubię bardzo, na harmonii trzyrzędowej to ja bardzo lubię grać. Jest melodyjna, jest głos. A jeszcze ze skrzypkiem to widać jak idzie.

Na dwurzędowej też Pan gra?

JŻ: No gram, no…

I czuje Pan różnicę?

JŻ: No jak nie? Jest co innego, jest inny ton muzyki. I w ogóle, wie Pan, jeszcze te hohnerki to one mają glos taki, wpadają na trzyrzędowy, nie?

SK: Ale te proste bez registrów takie.

JŻ: Te proste bez registrów. Ale tak, to te webmajstry to są głuche harmonie. To wie Pan, do zespołu śpiewaczego, do chóru, to tak. Ale jak ktoś umie to i na tym zagra, wie Pan. No i tak się kołujemy dalej. Dopiero żeśmy byli w Kazimierzu, to w Chlewiskach, to tu pierwsze miejsce, tu pierwsze miejsce. No ale te pierwsze miejsca się skończą. Ale będziemy i tak grać, jak będzie, no.

SK: No, będziemy.

JS: W Szydłowcu na samych skrzypcach byliśmy niedawno.

JŻ: Wie Pan, nawet w Kazimierzu, to co? Pierwszy raz tam pojechaliśmy, no to wie Pan, zdziwienie. Jak ogłosili, że pierwsze miejsce kapela Sami Swoi, no to wie Pan, jakie przeżycie jest. To czasami wie Pan, że trza oczy zamykać.

SK: Można padnąć.

JŻ: No, można zapłakać sobie. No bo wie Pan, uwielbiają to i wiedzą co jest grane, no.

A żona w domu?

SK: Nie, no jeździ, jeździ z nami.

JŻ: A żona jeździ, to tam wszędzie jeżdżą. No to jeśli mamy zapogłoski takie, że mówi: „co was te żony tak pilnują?”.

A jak Pan kiedyś grywał po weselach to chyba żony ze sobą nie brał?

JŻ: Nie, po weselach to nie grali.

SK: Nie, my już nie. Pan Jan to tak, a my obydwa to już nie. Bo już lata nie te.

JŻ: Jak miałem trzynaście lat to z ojcem na pierwszy zabawie grałem. To umiałem tylko: Głęboka studzienko, Wlazł kotek na płotek, no i jakiegoś takiego obereczka, to tam ojciec mnie uczył. Ale to wie Pan, jak to idzie jeszcze, nie? No i tak do ty pory. Późni tak aby ociec żył, ale to było lat, ile to by było lat? W pięćdziesiątym pierwszym roku piorun go na polu zabił. To ja miałem trzynaście lat, no to co ja. Ale ociec pięknie grał, po weselach chodził na okolice. Z Piwowarem grał też i to grał.

Na czym ojciec grał?

JŻ: Na skrzypkach, no ładnie grał na skrzypcach. No ale to już jest, to już lata są. W pięćdziesiątym trzecim roku to miał pięćdziesiąt jeden, no tera to ile by miał? Stówę?

SK: Nie…

JŻ: No jak nie? Sześćdziesiąty trzeci, a teraz masz dwa tysiące siódmy. No dziewięćdziesiąt parę lat, tak? A teraz się człowiek cieszy, że jak tak się gra, a młodzież tańczy, o, to wiadomo, że …

SK: Jak ktoś chce posłuchać to jest ważne, nie?

JŻ: No.

SK: Jak ktoś chce posłuchać to jest to, to człowieka cieszy. To cieszy, nie?

JŻ: Wie Pan, to trzeba lubić, no.

Tak, to trzeba lubić i to trzeba czuć jeszcze.

JŻ: Na weselu, wie Pan, jeszcze. Teraz byliśmy we wrześniu, on był dzieś, no. No ładnie grały tam od Potworowa.

SK: Z Odrzywołów.

JŻ: Z Odrzywołów, tam niedaleko, no, wie Pan. No ładnie, ale obera no ni cholery, no nic. No grają takiego ...

SK: No grają jak grają przecież.

JŻ: No, ale wie Pan, ale starsze ludzie to …

SK: Przecież zagrać, to nie ma na czym tego zagrać, no bo maszyna gra i do widzenia, no. Człowiek tylko za nim stoi.

JS: Puszczają taśmę i pokazują, że gra.

Mają Panowie uczniów?

SK: Nie, po prostu nikt się tym nie interesuje, ani dzieci. Mam wnuczka takiego, ma teraz pięć lat, skończył szósty rok. Ma taką małą harmonijkę, bębenek mu zrobiłem. Czasami tam się nadrzemy na to. On tam tą harmonijką na wszystkie strony, no mocny jest, skórkowany, szarpie. No żeby tak, żeby. No czasami na tą harmonię. „Ano dziadek te skrzypce byś mu dał, to by se pograł.” No przecież, a niech porusza, no niech mu tam w ucho wpadnie. A nóż widelec. To on jeden jedyny co ja ich mam pięcioro, a reszta to ani Boże mój tam nawet.

JŻ: Ale żeby rodzice coś powiedzieli: „no weź, zagraj, ucz się”.

SK: A to nie ma mowy.

JŻ: A to blokują wprawę.

SK: Ten jeden taki, ma dwanaście lat, mówi: „dziadek jedziem, bedziem za Kaje pracować”.

JS: Ja mam dwóch synów to jeden gra na trąbce i na puzonie suwanym, i na gitarze, i po weselach chodził. Tera już ni chodzi.

JŻ: Ale gra w orkiestrze strażackiej.

JS: W orkiestrze tak, ale po weselach nie chodzi i nie chce chodzić grać, bo kostkę układa, bo fach ma taki.

SK: No tak, bo trzeba zarobić.

Czy dawniej było kolędowanie w Panów stronach?

SK: Nie.

JŻ: No jak nie? Chodziliśmy na tym.

SK: A to po dyngusie.

JŻ: Po kusakach. W kusakach mieliśmy chodzić.

SK: Kusaki to były. Tak.

I po dyngusie?

JŻ: Tak, po dyngusie.

SK: No i to były po dyngusie, to było na Wielkanoc, a u nas z turoniem tam nie chodzili?

JS: Chodziliśmy my po dyngusie, kiedyś chodziliśmy.

Ale na Boże Narodzenie?

JS: A nie, nie, to było tak.

SK: Z szopką, z tym nie. W naszym regionie tego nie było.

JŻ: Ja po dyngusie, wie Pan, chodziłem ale grałem na organkach.

SK: Tak, to się śpiewało to.

JŻ: Ale jak przyszedłem z dyngusa nad ranem, jajek się uzbierało tak sto, sto dwadzieścia, sto pięćdziesiąt, no wie Pan, to wargi to były takie o. To dwa dni się nic nie gadało.

Dlaczego?

JŻ: No bo spuchły. Bo grało się na powietrzu.

SK: Bo widzi Pan, teraz organki mają wkładkę plastikową, nie? Kiedyś organki były drewniane. Jak to nawilgotniało to wyszło poza obręb tej blaszki, nie? I trza było wargami jeździć po tym tak, jak po pile. No to przecież musiało to siąść, nie ma mowy. Bo teraz jest ten Janko muzykant w Siedlcach, co on za wyjątkiem oberków. Oberków nie gra, natomiast na organkach gra wszystko. No to pewnie go Panowie znają, nie?

Ale jak się nazywa?

SK: Ja zapomniałem jak on się nazywa. Janko Muzykant na niego mówią. Proszę Pana, ładnie jest, bardzo ładnie jest ubrany, nie słyszeliście o nim?

Nie, nie słyszeliśmy.

SK: I on bardzo ładnie jest ubrany, i on za wyjątkiem oberków, wszystkie kawałki jakie są na świecie na tych organkach wygra.

JŻ: No on jest z Radomia, tutaj koło Radomia mieszka, z tego, z Olechowca. Ale proszę Pana ten z Siedlec to na organkach gra i ma gitarę.

SK: No daj spokój. Organki i ma takie trzy, na patyczku trzy takie grajcarki jak od bębenka, nie. I on grając na tych organkach, żeby utrzymać tempo, to sobie tutaj uderza, nie? O te organki i jedną ręką i w ten sposób on gra. Gra przecudownie.

JŻ: No a ten, co te dzwonki ma przy nogach?

SK: To nie ten.

A jak jest z naprawianiem harmonii?

JŻ: A to się jeździ, ja pojechałem…

SK: Do Skarżyska on jeździ.

Jak on się nazywa?

JŻ: On nazywa się … Jak on się nazywa?

SK: Adamczyk. Czesław. Wczoraj byłem u niego.

JŻ: No wie Pan, jedni go chwalą, drugie nie. Dzie to robi harmonie ten jeszcze?

SK: Nie w Chęcinach?

JŻ: O, w Chęcinach. Tamten podobno dobrze robi, tak?

SK: W Chęcinach, nie mamy adresu do niego.

Ja teraz byłem u tego Pana w Skarżysku.

SK: U Czesia?

Wziął taką harmonię i mówi: „O już nareperowałem taką harmonię”. No i gra, gra, i tu nie ma żadnych klawiszy. Chciał ścisnąć harmonię, ona piszczy. „O, jakiś dźwięk się zawiesił, coś znowu musieli rozkręcać.”

SK: Wie Pan, on już swoje lata ma, to jest jedna rzecz. A jego żona jest temu, co on robi przeciwna. I on se tam mieszka sam w tym pokoiku, dobrze że jeść mu tam dadzą i go opiorą. To działki kupuje tym dzieciom, to na tych działkach robi. On po prostu nie jest skoncentrowany tylko na tym, nie? Bo to trzeba po prostu się wyłączyć z innego świata, nie? To trzeba być zajętym tylko tym.

 

Wywiad przeprowadził:
Tomasz Rokosz